wtorek, 30 października 2012

BingoSpa przesyłka



Dzisiaj pochwalę Wam się moimi nowościami z BingoSpa:)
Dzięki przedłużeniu współpracy z tą firmą na następny kwartał miałam możliwość otrzymania od nich kolejnych 3 kosmetyków.
Dwa z nich wybrałam sobie sama i już teraz jestem nimi zachwycona a jeszcze nie zaczęłam ich testować.
Niestety 3, który wybrała dla mnie firma jest zupełnie noetrafiony ponieważ wielokrotnie pisałam na blogu o tym, że jestem uczulona na kokos....a niestety otrzymałam kosmetyk o taki właśnie zapachu....
Zakochałam sie w zapachu serum do pielęgnacji ciała o zapachu mięty z czekoladą!!!
Jest on po prostu cudowny i przypomina mi czekoladowe cukierki z mietowym nadzieniem...aż chce się spróbować :)


Pozdrawiam!!!

niedziela, 28 października 2012

Mariza Peeling solny do ciała z olejkiem migdałowym



Dzisiaj przedstawiam kolejny produkt z paczki od firmy Mariza, a jest to peeling z linii SPA.
Wszystkie kosmetyki jakie dostałam w tej paczce strasznie mnie ucieszyły ponieważ idealnie trafiły w moje ówczesne zapotrzebowanie.
I tak jak opisywany wcześniej krem do stóp Active Care został moim niezaprzeczalnym ulubieńcem tak co do peelingu mam raczej mieszane uczucia....


Opakowanie:


Kiedy paczka do mnie dotarła po wielu przebojach (nasza nieoceniona poczta polska...), była cała otłuszczona. Okazało się iż mimo że peeling jest w folii wszystko wokół dosłownie pływa w tłuszczu....
Moje zdanie jest takie, że jeżeli kosmetyk posiada tak dużo oleju powinien być zamknięty w innym opakowaniu by nie sprawiał problemu w przechowywaniu bo o jakichkolwiek z nim podróżach nie ma mowy wcale.....



Zapach i konsekwencją:


Zapach mnie nie powalił, czysto chemiczny zapach grejpfruta z olejową nutą gdzieś w oddali ale nie są to bynajmniej migdały.
Co do konsystencji to tutaj zarzutu żadnego nie mam. Jak na peeling bardzo przyjemna lekko zwarta konsystencja.






Użytkowanie:


Przez ten olej powiedziałabym, że użytkowanie jest uciążliwe. Olej jest dosłownie wszędzie gdzie go postawię, odbarwił mi komodę więc to zrozumiale, że już miłością do niego nie zapałam....
Poza tym, po nałożeniu spisuje się całkiem nieźle. Jest to średni zdzierak, skóra po jego użyciu jest oczyszczona że zbędnej warstwy naskórka.
Nie podoba mi się natomiast to, że na skórze pozostaje tragicznie tłusty film.....
Do jego usunięcia używam gąbki peelingującej, a i tak nie wszystko schodzi. Jak dla mnie to jest duży minus.




Skład:

Ciężko go przeczytać z opakowania ale jest też dosyć krótki. Na pewno na 1. Miejscu znajdziemy Sodium Chloridum. Znajdziemy tu też masło shea, i oleje.


Podsumowanie:

Jako peeling wolny kosmetyk ten spełnia swoją funkcję bardzo dobrze. Jednak przy wielu innych wadach, które opisalam powyżej ciężko by stał sie on moim ulubieńcem jak jego kolega krem do stóp Active Care.
Opakowanie zawiera 200 ml kosmetyki który na szczęście zmęczyłam.




Pozdrawiam.




piątek, 26 października 2012

FLO !!! Cudeńka na zimowe poranki w drodze na...

No i jest weekend.
W końcu i nareszcie.
Wczoraj nie udało mi się nic-kompletnie NIC !!!
Zamiast się uczyć robiłam wszystko inne :)
Miałam dodać post, a i to mi nie wyszło bo 2 razy mi się skasowała treść bez zapisania co jest dziwne jak dla bloggera, no ale mnie już ostatnio nic nie zdziwi co dotyczy mojego komputera :)
Ciekawe jak to będzie dizisiaj bo po raz 1. używam do tego celu telefonu i aplikacji blogger...

Za to teraz...weekend rozpoczęty!
Plany są całkiem obiecujące, zobaczymy co z tego wyjdzie.

A z okazji pewnie jednego z ostatnich weekendów z ładną i słoneczną pogodą, wybrałam się na zakupy i odwiedziny drogerii :)

Upatrzony sweterek i spodnie, zrobiłam rozeznanie wisiorkowe teraz się muszę przespać z moją wizją stroju w jakim pójdę na bal :)
Mam i coś dla mego lubego :)

Teraz trochę ponarzekam co by nie było zbyt miło:P

Po raz kolejny przekonałam się, że panie w Superpharm są najlepiej zorientowane co sprzedają i po raz kolejny stwierdzam, że Douglas powinnam omijać szerokim łukiem bo nie wiem od czego to zależy, może od tego że wyglądam młodo i na starcie stwierdzają, że i tak niczego nie kupię bo traktują mnie z góry i są bardzo nie miłe...
Przynajmniej tak jest w moim mieście.

A no i właśnie czy ktoś mi może powiedzieć dlaczego wszyscy mają takie problemy z daniem próbki?
Nie chcę kupować pokładu za 150 złotych żeby ozdabiał moją półkę - naprawdę mam co na niej postawić :)
Chcę najpierw sprawdzić jak dany kosmetyk zachowuje się na mojej twarzy, czy mnie nie uczyła, a także czy zadowala mnie efekt jego działania.
Chyba nie oczekuję zbyt wiele?!

No to się rozpisałam, żale wylałam to mogę przejść do sedna sprawy, czyli tytułu posta.
To jest najmilsza niespodzianka dzisiejszej wyprawy!
FLO zachwyciło mnie tymi kubeczkami.
Ceramiczne kubki o podwójnej budowie ściany co powoduje, że płyn w środku tak szybko nie wystygnie. Góra lubią zabezpieczona jest gumową nakładką z dziurką co imituje standardowe papierowe kubki na kawę, którą podają na mieście:)
Myślę, że każdy znajdzie wzór dpa siebie bo jest ich tam całkiem sporo.

A co najważniejsze i o co zapytałam ekspedientkę to, czy skoro kubek jest ceramicznych to czy po wlaniu do niego gorącego napoju nie popatrzy nam rąk??
Ku mojemu zdziwieniu pani odpowiedziała, że też ich to bardzo zastanawiało i sprawdzili.
Po spaniu wrzątku kubek robi się jedynie lekko ciepły.
I to jest super wiadomość, której oczekiwałam.

Cała przyjemność kosztuje 23,90.

Zdjęcia kubeczków jeszcze świeże:)

Pozdrawiam serdecznie i Wam również życzę miłego weekendu!




środa, 24 października 2012

Krem do stóp Active Care MARIZA



Mam nadzieję, że to koniec!

Kolejna dłuższa przerwa spowodowana niekończącym się problemem z internetem, następnie doszedł mi problem z moim komputerem - jakby było mi mało....
Straciłam wszystkie zdjęcia, które sobie przygotowałam do postów.
Pobyt w szpitalu, masa zajęć na uczelni i poza nią....Cyrk na kółkach !
Stąd też dłuższa przerwa ale teraz mam nadzieję wrócić do rytmu i dodawać świeże posty co max 2-3 dni, no najlepiej codziennie ale sądzę że plan mojego tygodnia na to mi nie pozwoli, dlatego wolę być realistka i najwyżej sama się milo zaskoczę swoją postawą :)
Pożyjemy, zobaczymy :)



A teraz przechodząc do sedna dzisiejszego posta chciałabym przedstawić jeden z kosmetyków (krem do stóp), który otrzymałam od firmy MARIZA.

(Zdjęcia paczki zniknęły razem z resztą dlatego pokażę każdy z osobna)

Krem do stóp testuję niecały miesiąc, a jeszcze żyje. Dlatego śmiem twierdzić, że dzięki mądrej i przemyślanej aplikacji jest on bardzo wydajny.

Krem do stóp, który dzisiaj recenzuję stał się moim ulubieńcem bezapelacyjnym!

Zapraszam do lektury:






Opakowanie:

Jak to krem, posiada tubkę. Tubka posiada zakrętkę i tu chyba wolałabym zatrzask ale narzekać nie mogę.


Zapach i konsystencja:

Zapach tego bardzo mnie zaskoczył. Pachnie bardzo delikatnie, przyjemnie. Jak dla mnie to jest występujący tu ekstrakt miodowy w połączeniu z aloesem. 
Z tubki wyciskamy bardzo wąską smużkę przez co aplikacja może być bardziej precyzyjna. Możemy wycisnąć tyle kosmetyku ile w danej chwili potrzebujemy bez obawy, że wyciśnie się go zbyt wiele. Ma on bardzo fajną, lekką konsystencje żelu.





Użytkowanie:

Jak już wyżej napisałam aplikacja jest bardzo przyjemna. Wyciskamy z tubki ile potrzebujemy, wcieramy, wmasowujemy, wklepujemy.
Bardzo łatwo się wchłania.
Pozostawia na skórze delikatną nietłustą warstewkę, która dla mnie jest bardzo przyjemna.
Stopy są nawilżone, a śmiem i napisać że dopieszczone :)

Od producenta:

Producent pisze o tym kremie że:
doskonale nawilża, łagodzi podrażnienia, chroni i zapobiega rogowaceniu i pękaniu naskórka

- o dziwo jak go dostałam to trochę się z tego podśmiewałam, że niby on taki cudowny ale teraz nie wyobrażam sobie mojego każdego końca dnia bez niego !!

Zmniejsza potliwość stóp, działa antybakteryjnie i przeciwgrzybiczo, wspomaga krążenie, likwiduje obrzęki, łagodzi uczucie napięcia i zmęczenia.

- tutaj to nie do końca tak jest, bo ta potliwość jak była tak jest, likwidacji obrzęków nie ocenię bo na szczęście ich jeszcze nie mam. Zgodzę się natomiast, że łagodzi uczucie napięcia i zmęczenia i tutaj jestem dzięki niemu wniebowzięta kiedy przeszłam kilkanaście kilometrów w koturnach/ na obcasach bo całe miasto stoi rozkopane i autonogi to najszybszy środek lokomocji....

Dodatkową zaletą jest to, że nie uczula mnie, ani mojej mamy którą przyłapałam na podprowadzaniu mi go :)





Skład:

W składzie trochę alkoholi co może i nie nastraja dobrze, ale nie jest tak źle. Poza tym ja nie widzę niczego godnego krytyki w nim, ale tak jak wielokrotnie podkreślałam nie znam się tak dokładnie na składach i wciąż się uczę tych substancji :)

Producent podkreśla na przodzie opakowania szczególnie 3 substancje:
- wosk pszczeli
- alantoinę
- aloes





Podsumowanie:

Jest to najlepszy krem do stóp jaki do tej pory miałam. Spełnia wszystkie moje oczekiwania jakie stawiam przed tego typu kosmetykiem. 
Moje stopy są nawilżone, delikatne, miękkie i pachnące. 
Po całym dniu chodzenia są również delikatnie zrelaksowane co uważam za ogromny plus !!

Nie jest to produkt testowany na zwierzętach ale został przebadany dermatologicznie.

Uważam ten krem do stóp za godny polecenia każdemu kto ceni sobie codzienną pielęgnację stóp, na pewno będzie z kosmetyku zadowolony!

Ja po zużyciu tej tubki o ile nie znajdę niczego lepszego kupię następną gdyż jest to mój niezaprzeczalny ulubieniec.

Objętość to 100 ml

Zapraszam na stronę firmy:
http://www.mariza.com.pl/
A tutaj link do produktu:























Pozdrawiam



czwartek, 11 października 2012

Alterra



Dzisiaj nie mam zbyt wiele czasu ale chciałam się pochwalić nowym nabytkiem, który dzisiaj udało mi się w końcu upolować i to w całkiem niezłej cenie bo w Rossmanie jest na niego promocja. Kosztuje 5,99 zł :)

Właśnie testuje też na paznokciach nowy kolor Rimmel także i tym się pochwalę niedługo :)




wtorek, 9 października 2012

Może i nie taki wielki, ale come back :)


Wiem, sporo czasu mnie tu nie było.
Wszystko jednak związane z brakiem lub bardzo utrudnionym dostępem do internetu co uniemożliwiło mi pisanie bloga...
Ale teraz mam nową energię, siłę i motywację, a także nadzieję że nadgonię zaległości które się przez ten czas nazbierały :)
A co najważniejsze mam w miarę stały dostęp do internetu :)

No to nie owijając już dłużej w bawełnę biorę dzisiaj pod lupę:

GARNIER BODY

Jak dla mnie przód opakowania to samo wzdychanie i ochy i achy!
Och och....


Opakowanie:

No jest. Nawet mi się podoba, bo ma fajne kształty i dobre zamknięcie. Dobrze się go trzyma nawet w mokrej po kąpieli ręce. Ale czy o to chodzi w balsamie ? No nie wydaje mi się....
Mamy tu również zatrzęsienie haseł nawołujących o wspaniałości tegoż oto kosmetyku, zaczynając od szczytu butelki:

- Innowacyjna formuła
- nawilżająca pielęgnacja 7 dni
- nawilżający mus do ciała
- natychmiastowe wchłanianie
- długotrwałe nawilżenie dzień po dniu
- nawilżenie skóry suchej

Jak dla mnie to całkiem sporo jak na tak niewielką powierzchnię, no ale....czymś trzeba nadrobić wnętrze.

Jako że nie oceniam książki po okładce zagłębiłam się w środek poznając go dogłębnie :)



Zapach i konsystencja:

Po aplikacji pierwsze co czuję to alkohol.....
Następnie mam wrażenie moje własne subiektywne, podążają winogrona.
Wszystko fajnie ładnie no ale alkohol ? skąd on by się tu wziął ?!
A ze składu, który po pierwszym użyciu gruntownie przestudiowałam.
No niestety, jest go tam całkiem sporawo.

Konsystencja mi się podoba. Lekka, przyjemna formuła musu naprawdę przypadła mi do gustu.




Użytkowanie:

Po aplikacji pomijając juz zapach alkoholu mus zostaje w miejscu jego nałożenia. Bardzo szybko się wchłania i łatwo rozsmarowuje. 
Jeszcze przed pierwszym użyciem wiedząc o tym, że w składzie jest ten felerny składnik nie spodziewałam się jakiś spektakularnych efektów nawilżenia.
Doczekałam się tutaj miłego. lekkiego orzeźwienia, które akurat w lecie się bardzo przydało.
Przy bardzo lekkiej formule tego kosmetyku przynajmniej to mogę uznać za plus :)


Od producenta:

Oczywiście tylna etykietka znowu zaczyna się od "nawilżający mus do ciała z ekstraktem z winogron"...
mus - ok, do ciała - ok, ekstrakt jaki by nie był - ok, ale nawilżający ?! - niestety co to, to nie....

Nie chce mi się nawet pisać o tym przechwalaniu producenta na opakowaniu...
Jaki obiecuje on nam rezultat:

"chroni i wygładza skórę, natychmiast się wchłania, nawilżona skóra przez 24 h, udowodniona skuteczność już po 7 dniach stosowania: zmniejszenie szorstkości: -30%; zmniejszenie wysuszenia skóry:-49%; większa sprężystość skóry +31%" - grupa 42 osób

Przy stosowaniu 2 razy dziennie  przez 4 tygodnie - test na grupie 53 osób przez 5 tygodni

Powiem tak...
zgadzam się jedynie z tym szybkim wchlanianiem.
A grupa do testów konsumenckich powiedzialabym, że mizerniutka.




Skład:

Alkohol, alkohol i duuużo alkoholu...
Gdyby nie to, że on tam jest to skład byłby całkiem fajny :)




Podsumowanie:

Podsumowując ten kosmetyk mogę tylko powiedzieć, że tak jak nie szata zdobi człowieka, tak też opakowanie nie stanowi istoty kosmetyku.
Idea musu bardzo fajna, wykonanie kiepskie...
Jest tyle dobrych kosmetyków dobrze dbających o naszą skórę, że wiem że na kolejne opakowanie na pewno się nie skuszę.

250 ml widziałam w promocji za11,99




Przypominam o Shibyboxie jeżeli ktoś jeszcze nie ma, a chciałby się zaopatrzyć :) To tu podaje link:

poniedziałek, 10 września 2012

Próbki kosmetyków które mnie uratowały!


Follow on Bloglovin


Na początek chciałam Wam powiedzieć, że mój Shiny Box już do mnie idzie :)
Jak tylko będę miała możliwość to na pewno Wam go pokażę.
A jeżeli ktoś chciałby również go mieć w swoim posiadaniu to zapraszam do bezpłatnej rejestracji (pudełko jak i jego dostawa są również bezpłatne)






Kilkakrotnie marudziłam i narzekałam już w postach na swoje włosy, twarz, skórę ogólnie, paznokcie i  mój całokształt dzięki pogodzie i klimatowi w jakim przebywam.

Sól wszędobylska, bardzo wilgotne i słone powietrze, bardzo słona woda, bardzo wysoka temperatura, opalanie, kąpiele w basenach ze słoną i chlorowaną wodą to wszystko bardzo zniszczyło moją skórę, włosy i paznokcie.

Przez pierwszy miesiąc w ogóle nie używałam odżywki do włosów bo częste kąpiele w basenie i tak powodowały, że nie spełniała ona swojego zadania, może to był błąd z mojej strony ale zaraz po umyciu włosów kiedy jeszcze dobrze nie wyschły znowu musiałam wchodzić do basenu - uznałam to za totalny brak sensu...

Za to w drugim miesiącu kiedy byłam już załamana stanem swoich włosów zaczęłam używać odżywki, którą przywiozłam ze sobą w saszetkach.

PANTENE PRO-V Intensywna regeneracja. I to był strzał w dziesiątkę.
Włosy myję co drugi dzień i na moje włosy sięgające obecnie przy skręcie do okolicy ramion zużywam na raz 1 saszetkę.
Po przesuszeniu, szorstkości i braku blasku obecnie nie ma nawet wspomnień. Teraz po prawie 1,5 miesięcznej kuracji moje włosy są dużo bardziej miękkie, sprężyste i maja blask.

Jestem strasznie zadowolona z efektu tej odżywki.

Wiem, że po powrocie będę się musiała zaopatrzyć we wcierki i oliwę ale obecny stan już mnie napawa optymizmem po załamaniu z lipca :)





Jakość zdjęć nie powala ale ciężko było zrobić zdjęcia bo opakowania są baaaardzo błyszczące.

Odzywka jest przeznaczona do włosów suchych, zniszczonych lub łamliwych. Dlatego tez idealnie się u mnie sprawdziła :)






Także jak dla mnie wszystkie 7 oznak, o których pisze producent zostało osiągnięte :)

Mam tylko jedno poważne ZASTRZEŻENIE - Po co w składzie jest tak dużo przeróżnego rodzaju alkoholi ?!




Drugim produktem bez którego teraz również nie wyobrażam sobie życia jest 
LIRENE  Kremowy mus nawilżający.

Ze skórą zaczynało się dziać to samo co z włosami, a dodatkowo zaczęła mnie odwiedzać cala masa niechcianych przyjaciół.
Cały czas stosuję co 2-3 dzień peeling GARNIER i tylko to bo moja twarz cale dnie była wysmarowana filtrami...

Jak zauważyłam nie było to dla mnie zbyt korzystne. Dlatego też od 3 tygodni po kilka razy dziennie tonizuje twarz tonikiem, który opisałam tutaj oraz na noc smaruję kremem, który podstawowo nie jest przeznaczony do mojego typu skóry ale przed wyjazdem tutaj brałam pod uwagę przesuszenie twarzy spowodowane tutejszym klimatem.

Przy stosowaniu kremu który posiada filtr SPF 15 i jest przeznaczony dla osób 20+ na noc i niewielką warstwę przed wyjściem, już po tygodniu stosowania zauważyłam znaczną poprawę.

Krem ten można stosować na dzień i na noc co robię. Posiada on olejek bawełniany.
Po jego stosowaniu skóra rzeczywiście jest bardziej nawilżona, bardziej sprężysta, mam mniej niespodziewanych "przyjaciół".







                               Ja w jego składzie nie widzę nic złego, ale specjalistką nie jestem :)

Jedno wiem na pewno - w przypadku obu kosmetyków jestem bardzo zadowolona z działania, spełniają one moje najśmielsze oczekiwania w danym momencie.
Żaden z nich mnie nie uczulił.

Także ja ze swojej strony mogę polecić oby dwa kosmetyki, a jestem pewna że kupię z pewnością Mus LIRENE, Bo odżywkę PANETENE PRO-V mam tyle, że w opcji do włosów kręconych bez spłukiwania.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie mimo, że dzisiaj poniedziałek :)










piątek, 7 września 2012

Tonik firmy Rival de Loop


Follow on Bloglovin

Zauważyłam, zwyżkę odwiedzin mojego bloga z czego bardzo się cieszę ! :) 
Zapraszam tez wszystkie/kich z Was do pozostawienia po sobie komentarza i dodania mojego bloga do obserwowanych by wrócić  do mnie i nie przegapić żadnego wpisu :)

A przechodząc do sedna dzisiejszego wpisu - chciałabym Wam przedstawić tonik Rossmann'owej firmy Rival de Loop, z którym będzie mi się ciężko rozstać.




Opakowanie:
Butelka plastikowa dosyć twarda co było dla mnie plusem przy podróżach. Ma również bardzo dobry zatrzask - tonik nigdy mi się nie wylał mimo wielokrotnie ciężkich warunków przewożenia (ścisk i upychanie nogą, siadanie na walizce)








Zapach i konsystencja:
Ja jestem bardzo zadowolona, bo teraz kiedy pisze tego posta i nie mam w pobliżu butelki z tonikiem nie jestem w stanie powiedzieć nic o zapachu.
A to dlatego, że jest on tak delikatny i niewyczuwalny.
Uważam, że jest to duży plus tego kosmetyku bo nie lubię kiedy tego typu produkty pachną intensywnie, nachalnie i odurzająco.
Konsystencja jak to tonik.... płynna :)
Jednak wolałabym żeby jego kolor był neutralnie bezbarwny ale to już takie moje małe czepialstwo :)


Użytkowanie:
Standardowo nakładam go na płatek i tu mała uwaga jeżeli naleje mi się go trochę więcej to zaczyna się pienić...dziwne ale nie przeszkadza mi to zupełnie w codziennej pielęgnacji.
Używam go zaraz po wstaniu i przed położeniem się spać w celu odświeżenia skóry.
Obecnie z  powodu braku kosmetyku do demakijażu używam w tym celu ten tonik i jestem zadowolona z jego działania, ponieważ bez problemu usuwa, eyeliner, lekki podkład, róż, no oczywiście nie poradzi sobie z wodoodpornym tuszem ale bez przesadyzmu z moim tuszem akurat mało co dobrze sobie radzi :)
A co najważniejsze nie podrażania oczu, mnie one nie pieką, a także nie mam żadnego odczynu alergicznego.

Przy użytkowaniu go jedynie w pielęgnacji mogę powiedzieć, że skóra po nim jest odświeżona, delikatnie ściągnięta (ale pozytywnie), czuję się rześko.
Nie pozostawia nic na twarzy, czyści ją bardzo dokładnie.



Kolor w rzeczywistości jest jeszcze odrobinę bardziej różowy.


Skład:
Na pewno znajdziemy ekstrakt z miłorzębu i ekstrakt z ogórka.
A także nie znajdziemy alkoholu i silikonów.







Od producenta:





Podsumowanie:
Ja jestem z tego produktu firmy Rival de Loop bardzo zadowolona i na pewno nie skończy się moja z nimi znajomość tylko na jednym opakowaniu toniku. Mam zamiar po powrocie zakupić kolejne opakowanie.
Za moje zapłaciłam niecałe 5 złotych co uważam za naprawdę dobrą cenę i dobrą jakość.
Pomimo, że mam cerę wrażliwą ale nie wysuszoną tonik spełnia swoje zadanie w 100% :)

Z czystym sercem mogę go polecić każdej z Was. 


Pozdrawiam !



czwartek, 6 września 2012

Mydło z ORIFLAME


Follow on Bloglovin

Dzisiaj dla odmiany miła niespodzianka z jednej z firm do których podchodzę z wielką rezerwą....A mowa tu o ORIFLAME

Wielokrotnie nacięłam się już na firmy wysyłkowe AVON czy właśnie ORIFLAME....
O czym pisałam m.in. (tutaj
Dlatego z wielką rezerwą podchodzę do katalogów, promocji i zamawiania stamtąd kosmetyków.
Jednak tym razem był to dodatek do prezentu i leżał trochę czasu w szafie zanim odważyłam się go zużytkować.

Teraz jednak ciesze się, że zdecydowałam się go zabrać ze sobą na wakacje :)




Opakowanie:
Jak na mydło jest inne. Mam w szafie jeszcze kilka innych mydełek czekających na swoją kolej jednak to przykuwa uwagę. No bynajmniej moja przykuło:)





Zapach i konsystencja:
Mydło ma delikatny i bardzo przyjemny zapach, nie jest nachalny. Jest to raczej słodki zapach delikatnej maracui i aloesu gdzieś tam za  nią schowanego.
Konsystencja tego kosmetyku jest twarda, spójna i przyjemna w użytkowaniu.






Użytkowanie:
I tu było dla mnie największe zaskoczenie z jakim się spotkałam. Do tej pory każde mydło w kostce bardzo wysuszało moją skórę i dlatego zdecydowanie wole używać mydeł w płynie chociaż też po nich używam dużej ilości kremu do rąk...
A tu niespodzianka!
Nie wiem czy to zasługa aloesu czy innej wody ale moje ręce po każdorazowym myciu ich nie wymagały zaraz potem intensywnego wcierania kremu (mój również jest na bazie aloesu).
Ręce są delikatne, nawilżone, miękkie i pachnące !


Skład:
Według tego jak się orientuję w tych sprawach to nie jest to pierwszorzędny skład który jest godny polecania na prawo i lewo ale również nie należy on do najgorszych.




Podsumowanie:
Jak tylko wrócę do mojej szarej rzeczywistości to zorientuję się czy mają w ofercie inne tego typu mydełka bo jestem ciekawa czy tylko to na mnie tak dobrze działa i czy jest to zasługa jedynie wody tutejszej. Ewentualnie aloesu zawartego w składzie.
Mydło nie wywołało u mnie żadnych podrażnień, alergii, nawet przesuszenia skóry!

Mogę je śmiało polecić każdej z Was!
Ja na pewno kupię kolejne opakowanie.

Czy któraś z Was miała to mydełko lub inne z tej serii ??


Pozdrawiam !


środa, 5 września 2012

Bardzo wysoka ochrona przed promieniami słonecznymi.


Follow on Bloglovin



No to dzisiaj już ostatni z moich ochraniaczy przed słońcem. Jest to La Roche-Posay SPF 50 +
UVB + UVA
ANTHELIOS XL

Mój jest w wersji 300 ml w cenie 100 ml, czyli całkiem spore opakowanie :) Ciekawa jestem czy je zużyje chyba że jako balsam bo mój Vichy Essentielles (tutaj) jest już na całkowitym wykończeniu.


No ale przechodząc do produktu:


Opakowanie:
Jest to wielka tuba zamykana na klips, który na szczęście jest szczelny....
Opakowanie jest poręczne i mimo całkiem sporych gabarytów opakowania łatwo się go użytkuje.


Konsystencja:
No i tutaj zaczyna się pierwszy problem. Zaraz po otwarciu opakowanie nawet nie zdążę przechylić go
a kosmetyki już wypływa dlatego też trzeba być baaaaardzo ostrożnym żeby nie zalać siebie i wszystkiego
w okół. 
Konsystencja jak da mnie jest to trochę gęstsza woda....na ręku w ogóle się nie utrzymuje, przelewa się przez palce, stąd brak zdjęcia ponieważ aplikuje mleczko od razu na ciało i nawet nie pomyślałam o tym żeby takie zrobić...





Żeby nie było....ja go nie wyciskałam, a jedynie przechyliłam delikatnie opakowanie...





Zapach:
Jest bardzo delikatny ale jednocześnie jak dla mnie bardzo przyjemny.

Użytkowanie:
Utrudnione jest znacznie przez aplikację i konsystencje kosmetyku. Bardzo ciężko się go wmasowuje w skórę, ciężko się wchłania, a po jego użyciu zostaje biały nielepki film.
Każdy kosmetyk chroniący przed słońcem pozostawia film ale ten naprawdę mimo że ma dosyć ciężką formułę, no ale heloł to jest 50+ (!!), nie jest jakiś uciążliwy jeżeli już się go w końcu uda odpowiednio rozsmarować co trochę trwa.
Kosmetyk jest wodoodporny i naprawdę zapewnia porządną ochronę przed promieniami słonecznymi.
Polecam go zarówno dorosłym jak i dzieciom.
Ja mleczkiem LA Roche-Posay smaruję się co ok 2,5-3 h zwłaszcza po kontakcie ze słoną wodą.



Tutaj pokazuję porównanie moich nóg - lewa posmarowana mleczkiem La Roche-Posay, zdecydowanie widać różnicę w kolorze.



Od producenta:
No i ja się z tym w 100% zgadzam.



Skład:




Podsumowując:
Kosmetyk poleciłabym z czystym sumieniem osobom, które oczekują bardzo wysokiej ochrony oraz dla dzieci i niemowląt chociaż ich to bym wcale na słońce nie wystawiała. Kosmetyk zawiera innowacyjny filtr Anthelios XL, oraz zmniejszoną liczbą filtrów chemicznych.
Kosmetyk nie zawiera parabenów co dla mnie było podstawowym kryterium przy wyborze tego kosmetyku bo jednak smaruję się nim codziennie przez bardzo długi okres czasu.
Mimo tego ze konsystencją zachwycona nie jestem, a także tym ze dosyć słabo się wchłania to jestem z niego bardzo zadowolona!
Skora nie zeszła mi ani razu, nie byłam poparzona, ani nawet czerwona....

To by było na tyle w kwestii moich ochraniaczy opalania. Mam nadzieję, że moje posty komuś się przydadzą przy wyborze właściwej ochrony przed słońcem.

Pozdrawiam !







wtorek, 4 września 2012

Balsam do opalania SORAYA


Follow on Bloglovin

Cześć!
Tym którzy własnie siedzą w szkole, lub się właśnie do niej wybierają - bardzo współczuję, tym pracującym również, a studentom...hmmm...no tak zaczyna się kampania wrześniowa więc co po niektórzy zapewne mają pełne ręce roboty:P

Dzisiaj pod lupę biorę 2. z produktów do opalania. Jest to SORAYA Balsam do opalania.
Jest to średnia ochrona, SPF 20, UVA + UVB, wodoodporny i ultranawilżający.

No to do rzeczy:

Opakowanie:
Twarda butelka raczej nie nadająca się do do tego by wycisnąć produkt do końca, zamykana na zatrzask, który czasem dziwnym sposobem otwiera mi się w torbie (dobrze że jeszcze się nie wylał w niej...i oby tak zostało)



Konsystencja:
Balsam jest w bardziej luźnej konsystencji niż Emulsja Ziaji (tutaj). Nie rozwarstwia się, ale szybko zaczyna spływać. Nie jest to jednak utrudnieniem bo nie muszę go łapać po całym ciele jednak trzeba szybko zacząć go wcierać. 





Zapach:
Zapach odrobinę intensywniejszy niż Ziaja ale również bardzo przyjemny.

Użytkowanie:
Balsam po aplikacji, wmasowujemy jak każdy inny balsam. Bardzo ładnie się rozprowadza, błyskawicznie się wchłania, pozostawia na skórze lekki film ale nie jest on tłusty i nie przeszkadza w niczym.
Kosmetyk jest wodoodporny, co sprawdziłam w bardzo słonej wodzie.
Po wyjściu z wody nadal czułam go na skórze.
Co do intensywnego nawilżania...czy nawet ultranawilżania jak to napisał producent na opakowaniu to jestem dosyć mocno zaskoczona bo może ultra ono nie jest ale naprawde czuję różnicę między prawą,a lewą noga którą posmarowałam dla porównania Ziają (tutaj).
Skóra jest miękka, nawilżona, nie widać. suchych skórek.

No i oczywiście SPF 20 ja bym smarowała co 40 minut do 1 godziny, zależnie czy się kąpaliśmy czy tylko smażing - plażing.








Od producenta:
Doskonała pielęgnacja: Algi morskie doskonale nawilżają i regenerują skórę. D-panthenol a alantoina koja i łagodzą podrażnienia. Skóra zachowuje piękny wygląd, pozostaje miękka i jedwabiście gładka.

No tutaj muszę się zgodzić, ten produkt naprawdę spełnia obietnice z opakowania.


Skład i lektura z opakowania:
Tak jak pisałam w poprzednim poście nie znam się na składzie tego typu kosmetyków ale jeżeli ktoś chętny do lektury to zapraszam.


Podsumowanie:
Z czystym sercem mogę polecić ten balsam do opalania jako kosmetyk, który spełnia wszystkie moje oczekiwania do tego typu produktów :)

Pozdrawiam!

Kontakt

szybkoilatwo@gmail.com